Musimy przejść przez pierwsze rozdziały. Damy radę? :)

wtorek, 29 stycznia 2013

3: Czas prób właśnie nadszedł.

    Popołudniowe słońce wpadało przez okna kolebiącego się nieprzyjemnie autobusu. Klimatyzacja w jego środku ledwo zipiała, a całości gorąca dopełniały zamknięte szczelnie, brudne okna. Ludzi nie było wielu. Większość korzystała ze świątecznego urlopu, przebywając z rodziną w domach, ciesząc się swoim towarzystwem i chwilą wytchnienia. Wszyscy natomiast wyglądali tak samo. Zmęczeni, jakby trochę przygnębieni, szarzy i cisi. Ta sytuacja zupełnie nie przypominała uczniowskiej podróży ze szkoły do domu, gdzie zazwyczaj całe grono znajomych żywo coś opowiadało albo wspominało miniony dzień, przekrzykując się przez siebie.
    Wyjątkiem był młody chłopak, który zajął miejsce na samym końcu, co chwilę uśmiechając się do swojego telefonu. Towarzysząca mu blondynka tylko spoglądała podejrzliwie znad podręcznika tylko po to by po sekundzie znów udawać, że wcale go nie zauważa. Choć widzieli się po raz pierwszy, a brunet jakby nic sobie nawet nie robił z jej obecności, zaciekawiał ją. Nie mogła też zaprzeczyć, że najzwyczajniej w świecie jej się spodobał, stąd niepohamowane spojrzenia i skrępowanie. Utkwiła wzrok w rozdziale o ciągach matematycznych i podciągnęła stopy na fotel.
- Brudny jestem? - odezwał się nagle z wyczekującym spojrzeniem wpatrując się w postać blondynki.
Z początku nie mogła skojarzyć dlaczego mówi do niej, ale nie potrzebowała długiej chwili by zorientować się, że jej wzrok znów uciekł na niego.
- Nie. - odparła nieśmiało znów chowając nos w książkę.
- Więc o co chodzi? - dopytywał, a Caitie czuła jak nagle robi jej się gorąco.
- Po prostu z kimś cię pomyliłam. - skłamała, prosząc w duchu, żeby dał jej w końcu spokój.
     Usłyszała tylko cichy i krótki śmiech. Zarumieniła się delikatnie, licząc, że może wcale tego nie widać. Zrobiło jej się głupio, że postawiła ich w takiej sytuacji tylko przez swoją ciekawość i nierozwagę. Choć jej oczy ciągle studiowały podstawowe zasady tego działu matematyki umysł prosił, żeby autobus za chwilę zatrzymał się na jej przystanku, mimo że niecałe pięć minut temu dopiero do niego wsiadła.
- Jestem Clay - powiedział, chowając telefon do kieszeni i obrzucając ją zaintrygowanym spojrzeniem.
Zamknęła książkę, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie nie da jej już spokoju dopóki któreś nie wysiądzie. Uśmiechnęła się grzecznie i odwróciła głowę w jego stronę, dokładnie analizując jego twarz.
     Miał gęste, czarne włosy, ciemnoszare oczy i bliznę przechodzącą przez lewą brew. Była widoczna, choć go nie szpeciła. Wydatny podbródek i niedogolony zarost trochę nie pasowały jej do jego ogólnego wyglądu, ale musiała przyznać, że nawet mimo tego był przystojny. Wydawał jej się wysoki, choć tego nie była pewna, bo wciąż siedział, ale długość męskich nóg utwierdzała ją w tym przekonaniu. Był starszy, chociaż niewiele. Nie potrafiła zdefiniować dokładnie ile, może rok, może dwa.
- Caitlyn - odpowiedziała nieco speszona i liczyła w duchu, że zajmie ją jakąś rozmową.
- Chciałem spytać na jaką imprezę jedziesz, ale ta matma mnie zmyliła. - uśmiechnął się znowu, na co nie potrafiła nie odpowiedzieć.
- Mam małe zaległości - przyznała - Zmieniłam szkołę i jestem trochę w tyle z materiałem, a za tydzień mam z tego egzamin, więc wykorzystuję każdą chwilę. - po co się tak tłumaczysz, idiotko?! Przecież jego to nawet nie obchodzi, pewnie przestał słuchać w połowie.- Gdzie teraz chodzisz?
- Grangeville - odpowiedziała prędko.
- Artystka? - zdziwił się wyraźnie, unosząc jedną brew.
- Trochę maluję.
- No proszę. - pokręcił głową - Może rozmawiam z jakimś przyszłym van Gogh'iem?
- Raczej coś z rodzaju Pop-Artu, jestem raczej średnia w słonecznikach. - zaśmiała się w końcu odrobinę się rozluźniając - A ty?
- Lewston. Matura. - wyjrzał nagle przez okno i powoli podnosił się z miejsca - Chyba musimy się pożegnać.





***



    Muzyka nagle ucichła. Brunet wyjął telefon z kieszeni i kiedy zorientował się, że to wina padającej właśnie baterii w telefonie, odłączył słuchawki i włożył je do kieszeni spodni. Był ciepły wieczór, a w połączeniu z jego zdecydowanie za grubą bluzą jak na taką pogodę i stresem, który w nim siedział teoretycznie powinien doznać czegoś na kształt przegrzania organizmu. Gdyby to jednak było tak proste...
   Wiedział, że to nie załatwi sprawy, że to nie wystarczy nawet na pokrycie połowy, ale łudził się nadal. Krępował się całą tą sytuacją, faktem, że musiał poprosić przyjaciółkę, która sama miała teraz na głowie masę problemów. Dopiero co skończyła osiemnaście lat, a już musiała nauczyć się życia na własną rękę.
   Widział ją już od kilkunastu sekund, zanim nie przyspieszyła i nie rzuciła mu się stęskniona na szyję. I chociaż nie widzieli się zaledwie tydzień to obojgu brakowało swojego towarzystwa.
- Czy ty jesteś normalny, żeby pożyczać TAKIE pieniądze? Wiesz, że cię uwielbiam, ale to było największym idiotyzmem jaki ktokolwiek mógłby zrobić. Nawet ty. - dodała prędko, uśmiechając się jednak przepraszająco i chwytając jego dłoń, pociągnęła go w stronę parku.
- Leah... - zaczął spokojnie, ale słysząc swój głos postanowił dokończyć dużo głośniej - Jestem pod ścianą, przecież wiesz. Mi też się to wszystko nie podoba, ale nie mam wyjścia! Miałem pozwolić, żeby ktoś zupełnie niewinny płacił za moją głupotę? W życiu.
- Chociaż raz powinieneś wsadzić ten honor w dupę i pomyśleć trochę o sobie. - wyraziła - Przestań zgrywać kogoś, komu zupełnie obojętna jest własna przyszłość. Rozumiem, że jesteście blisko, że nie masz właściwie nikogo więcej, ale musisz zainteresować się w końcu sobą! Clay, kurwa mać, skąd weźmiesz resztę pieniędzy?! - prawie krzyknęła, robiąc kilka sekund przerwy na głębsze oddechy - To nie jest nawet jedna trzecia - przypomniała.
Zatrzymali się nagle, a chłopak korzystając z chwili jej nieuwagi podszedł do drzewa tuż za drewnianą ławką i nadal nie puszczając jej dłoni zmusił, żeby do niego dołączyła. Rozejrzał się dyskretnie, sprawdzając czy nikogo nie było w pobliżu albo czy czyiś wzrok nie uciekał w tę stronę.
- Rzeczywiście potrafisz wybrać idealne miejsce. - marudziła, patrząc czy ludzie są oddaleni od nich wystarczająco. Zsunęła torebkę z ramienia w okolice łokcia i szepnęła:
- Pocałuj mnie, a ja wsunę kasę do kieszeni. - zarządziła - Tylko szybko.
Położył rękę kilka centymetrów nad kształtną pupą i przysunął dziewczynę do siebie tak, że brzuchem dotykała paska jego spodni. Brązowowłosa była od niego całkiem sporo niższa, stąd niewygoda, kiedy musiał schylać głowę niżej niż zazwyczaj, a dodatkowo uwiesiła na jego karku jedną z dłoni. Chwilę później poczuł już jak koperta trafia do kieszeni jego ciemnoszarej bluzy, dość wyraźnie zwiększając jej ciężar. Leah  opuściła rękę i odchyliła się delikatnie, chcąc jak najprędzej już się odsunąć, ale brunet miał inny plan. Zwolnił nieco uścisk, nadal jednak nie wypuszczając jej z objęć i składając na jej ustach bardzo subtelny pocałunek.
- Dzięki - odezwał się, a na jego twarz wpełzł nikły uśmiech - Odprowadzić cię?
- Jestem umówiona - wzruszyła ramionami, zapinając pasek torebki. - Ale nie obrażę się, jak dojdziesz ze mną do Ervay St.
- Zabrzmiało poważnie... - zaśmiał się, ruszając za nią - Powinienem zrobić się zazdrosny?
- To nasza druga randka, nawet nie zaliczę trzeciej bazy - uśmiechnęła się - Jest starsza, ma świetne włosy i jest bardzo wysoka. Resztę powiem ci jak dorośniesz.




***


Następny rozdział już w piątek/sobotę :)

wtorek, 22 stycznia 2013

2: Wystartowanie do biegu nie obiecuje jego pomyślnego zakończenia.

      Kiedy Caitie w końcu usłyszała wyczekiwane od prawie godziny spokojne pukanie do drzwi, wstała w końcu z wygodnej, brązowej kanapy i ruszyła do przedpokoju, mijając pod drodze niewielką, podróżną torbę.
      Wzięła głębszy oddech i pociągnęła za klamkę. Otworzyła szerzej oczy, żeby nie był w stanie dojrzeć jej niewyspania i ogólnego zmęczenia. Jej oczom ukazał się wysoki, czterdziestoletni mężczyzna w szarym garniturze i z przesadnym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Charakterystyczny kilkudniowy zarost zawsze wydawał jej się konieczny, bez niego nawet nie potrafiła wyobrazić sobie własnego ojca. Miała swój własny schemat dotyczący jego wyglądu. Zawsze musiał mieć marynarkę, okulary przeciwsłoneczne i papierosy, których i tak nigdy nie ruszył. Kiedyś nawet go o nie zapytała, a on tłumaczył się starymi przyzwyczajeniami. Kiedy jeszcze normalnie ze sobą rozmawiali.
- Wszystko w porządku? - zapytał, zabierając torbę, którą właśnie chwytała.
Podniosła na niego zmieszany wzrok i wyjmując kluczyki z torebki, wyszła do niego na korytarz.
- Jestem zmęczona - przyznała poniekąd szczerze i zamknęła mieszkanie na dwa zamki.
     Schodami zszedł pierwszy, a Caitie miała okazję, żeby jak zwykle ponaśmiewać się z jego sztucznych manier. Kobieta z tyłu, żeby w razie potknięcia nie zleciała jak długa, otwieranie jej drzwi i przepuszczanie przodem, ustępowanie miejsca.
- Jak egzaminy wstępne? - zapytał, starając się za wszelką cenę nawiązać jakąkolwiek nić porozumienia z całkowicie niechętną do tego córką.
     Blondynka odetchnęła tylko głośno, przypominając sobie tę męczarnię przez którą musiała przechodzić w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Starała się dostać od nowego semestru do prywatnej szkoły, dlatego marzyła o zdobyciu stypendium. Jej matki nie było stać na elitarną szkołę i dodatkowe opłaty dla klasy o profilu pisarsko-malarskim, do której tak intensywnie startowała.
- Nie wiem, wyniki będą na początku stycznia - odpowiedziała obcesowo, odwracając głowę kiedy tylko zamknęły się za nimi drzwi klatki schodowej.
     Mężczyzna wyciągnął z kieszeni spodni niewielki pilot i otworzył samochód. Duży terenowy Jeep jak zwykle wyróżniał się wśród zaparkowanych wokół Volkswagenów i Renault nie najnowszego rocznika. To było jego oczko w głowie. Codziennie zajmował się jego wyglądem, czyścił karoserię, odkurzał tapicerkę... Śmieszne natręctwo.
     Usiadła z przodu, zapinając pas niemal od razu. Patrzyła bezmyślnie w przednią szybę, szukając na niej choć znamienia brudu czy ptasiej kupy. Czekała aż do niej dołączy.
Oprócz niej w domu ojca mieszkała jego nowa kobieta, Margaret i dwójka dzieci. Dziesięcioletni Shane, syn Margaret z pierwszego małżeństwa oraz Victor, żywy trzylatek - ich wspólne dzieło. Caitlyn nie była zachwycona perspektywą spędzenia trzech dni z tymi ludźmi zwłaszcza, że nigdy nie mogła się tam odnaleźć, kiedy ojciec zabierał ją do siebie na kilka weekendów. W końcu nauczyła się odmawiać.
- Co słychać u Briana? Mama wiele mi o tym opowiadała... - zaczął nieumiejętnie, wkładając kluczyk do stacyjki i ruszając z miejsca.
- Tato. - odwróciła się na chwilę i wysłała mu spojrzenie pełne niezadowolenia.
- Dlaczego tak się zachowujesz? - zapytał spokojnie - Kiedyś rozmawialiśmy normalnie.
- Kiedyś miałam dziesięć lat i głowę pełną bajek. - warknęła i oparła łokieć o drzwi.
- Teraz jesteś prawie dorosła, myślałem, że dojrzałaś.
Prychnęła pogardliwie.
- Powiedział facet, który o istnieniu własnego dziecka przypomina sobie kiedy mu pasuje. - wygarnęła mu, ale zdążył się przyzwyczaić do jej zołzowatości.
- Chcę się z tobą widywać, malutka. Zależy mi na tym, ale ty za każdym razem mnie odtrącasz.
- Bo mnie zostawiłeś! - krzyknęła, ale szybko się opanowała - Skończmy ten temat, jestem zmęczona. - zarządziła i włączyła radio, wzrokiem wędrując do bocznej szyby i przyklejając do niej nos.
     Było słonecznie, jak niemal codziennie. Droga zajęła im około piętnastu minut. Greg mieszkał niecałe trzydzieści kilometrów od Dallas, na zupełnych przedmieściach. Ostatnio chwalił jej się, że wykupił tę łąkę, na której niegdyś uwielbiała się bawić i kawałek lasu za domem. Kiedy była mniejsza zawsze chadzał z nią tam i wypatrywał nieśmiałe sarny, które kusił zapach jedzenia, które im przynosili. Nigdy by mu się do tego nie przyznała, ale lubiła sobie to wspominać, to było takie ich...
- Dalej masz ten las? - zapytała, kiedy skręcał już na podjazd przed domem.
Całkiem zbiła go z tropu. Zmarszczył brwi i z niezrozumieniem się jej przyglądał, uśmiechając się jednak delikatnie i potwierdzając.
- Proszę, daj szansę Margaret. Jej naprawdę zależy na twojej akceptacji.
     Okolica była jak z typowych amerykańskich filmów. Ceglany dom z białym płotem i mnóstwem roślin różnego typu i zapierającymi dech w piersiach, ogromnymi drzewami wkoło. Obok podjazdu znajdowała się piaskownica pełna zabawek, dalej niewielka huśtawka i różowa zjeżdżalnia.
     Wyszli z samochodu i ruszyli do wejściowych drzwi. Wytarli buty i mężczyzna szarpnął za posrebrzaną klamkę.
- Nie mogę dzisiaj, kochana... - usłyszeli kobiecy głos dobiegający z salonu.
Caitlyn przygotowywała się już psychicznie na pobyt w jej własnym domu wariatów.
- Greg przywozi swoją córkę - stanęła w przejściu i wsłuchiwała się w rozmowę - Tak, nie jestem jakoś specjalnie tym zachwycona, ale jemu zależy na... Ta gówniara momentami za dużo sobie pozwala! Z tego co mi czasem opowiada Greg, ona chyba się...
- Tata! - do przedpokoju wbiegł mały chłopiec - Widziałem dzisiaj tego jelenia, o którym mi opowiadałeś! - z entuzjazmem przytulił się do nogi mężczyzny.



***


     Od czasu, kiedy tylko zamknęli za sobą drzwi było słychać jedynie cichy śmiech dziewczyny, który przecinał ciszę co kilka chwil. Splotła dłonie na męskim karku i przyciągała do siebie Claya, kładąc się przy tym na wygodnej, granatowej kanapie. Zrzuciła kilka poduszek, które zabierały jej miejsce i zdjęła buty, zaczepiając je o mebel. Wciągnęła go na siebie tak, że przykrył ciałem niemal całą jej postać, a ona objęła go nogami w pasie. Prawie nie odsuwali od siebie ust, nie licząc kilku przerw na głębsze oddechy.
- Poczekaj - poprosiła, chwytając go za ramiona i delikatnie odpychając - Musimy...
- Cicho.
Uśmiechnął się do niej jednoznacznie i wsunął jedną dłoń pod cienki materiał oliwkowej bluzki. Zatrzymał ją na jej prawej piersi, przyspieszając przy tym tempo pocałunków. Leah jęknęła cicho, kiedy zacisnął na niej palce i złapała szybko za skórzany pasek jego spodni. Kiedy próbowała go rozpiąć, przerwał im niespodziewany dzwonek telefonu.
- Odbierz - szepnęła - Ja i tak muszę na chwilę wyjść - uśmiechnęła się, składając na jego wargach krótki pocałunek i w sekundę skorzystała z okazji, kiedy się odsunął i szybkim krokiem, zamknęła się w łazience. Brunet spojrzał na ekran i niechętnie odebrał połączenie.
- Już po autopsji - zaśmiał się gardłowo niski głos w słuchawce - Kiedy wyprawiacie pogrzeb? - spytał z ironią Paul, a humor ani trochę mu się nie pogorszył.
Z Claya nagle opadło całe zmęczenie i zapomniał niemal już całkiem o dziewczynie czekającej niecałe pięć metrów dalej, tuż za drzwiami. Otworzył szerzej oczy i starał się skupiać całą uwagę na słowach wypowiadanych przez starszego od niego mężczyznę. Wstał, żeby jak najszybciej otrzeźwieć, krążył po salonie.
- To miało pozostać między nami - warknął do słuchawki, chwilę później upominając się, że nikt nie powinien tego słyszeć - Oddam ci te pieniądze i zapomnisz o sprawie, jasne?
Znów rozległ się głośny śmiech.
- Chyba zapomniałeś do kogo mówisz. To ty jak na razie jesteś moim dłużnikiem. I wcale nie zanosi się, żeby cokolwiek się zmieniło - zamilkł na kilka sekund - A propo... Zmiana terminu, potrzebuję całego hajsu szybciej, masz czas do końca następnego miesiąca. Na twoje szczęście procent zostaje bez zmian - dodał.
- Popierdoliło cię?! - wybuchnął nagle, czując jak miękną mu kolana, usiadł w fotelu - Dobrze wiesz, że nie mogę zdobyć takiej kasy od zaraz! Paul, cholera jasna...
- A to już mnie nie interesuje.



***




Ukochany,
Jutro miną dwa miesiące. Dokładnie dwa, a ja wszystko pamiętam tak idealnie. Wracałam z ojcem i siostrą z odwiedzin u hrabiny, kiedy twój powóz zgubił koło i poprosiłeś o przenocowanie. Znam wszystko. Twój wzrok wyczekujący mojego, moją nieśmiałość i zawstydzenie, iskry, które już wtedy rozpalały powoli nasze uczucie. Naszą miłość. Jak przypadkowo dotknąłeś mojego kolana, a ja oblałam się rumieńcem, czekając tylko aż znów mnie dotkniesz.
Wspólną kolację, indyka i wszystko co stało się potem.
Czekam na ciebie nadal.
Nigdy nie zapomnę.
 


                                                                                              Twoja Julia. 






                                                                                                             Londyn, wrzesień 1920
Najdroższy,
Wysłuchaj mnie... Nie mam komu o tym opowiedzieć, słońce już zachodzi, znów okrywam się wstydem. Nie chcę mówić światu, nie chcę go słuchać, chcę znów przytulić się do twoich ciepłych ramion i poczuć twój ciężki oddech tuż za moim uchem. Wiem, że musiałeś odejść, ale chyba nigdy się z tym nie pogodzę. Czekam, aż do mnie wrócisz. Wiem, że kiedyś zawrócisz swój powóz, nakażesz dwóm karym klaczom zmienić kierunek i jechać do swojej Julii, która wypatruje cię każdego dnia przez wasze wspólne, malutkie okienko pełne wspomnień...
Nikt nie ostrzegł mnie przed bólem, który czyhał tuż przed moim nosem. Macocha znów mówiła o mnie ojcu, a on znów zagrozi mi wyjazdem za góry... Jestem skazana na ich łaskę, mimo tego, że za kilka tygodni skończę już dziewiętnasty rok. Wszystko słyszałam, stałam tuż za winklem. Ona nie może znieść widoku naszego uczucia, jestem pewna. Widzi jak co dzień za tobą płaczę, jak zasypiam przygnębiona, topiąc się w marzeniach o naszym wspólnym życiu. Wie, że wspominam każdą naszą chwilę. Mówi tak wiele...
Nie wiem czy jestem w stanie sobie z tym poradzić. Tak bardzo cię potrzebuję.


                                                                                                   Twoja Julia.




Boże... Czy to w ogóle możliwe? Nie. To musi być przypadek. Pamiętam jak ojciec groził mi szkołą z internatem, kiedy moja "ukochana" macocha znów zeszła na mój temat, ale czy rzeczywiście ta Julia... Potrząsnęła głową, żeby odgonić tę myśl. Nie mogła się teraz rozpraszać, powtarzała sobie, że te listy są jedynie przypadkiem, ot tak znalazła coś podczas spaceru, zupełnie jak dolara na chodniku. Ale co jeśli on znów wróci do tego tematu? Nie... Teraz mieszkam z mamą, nie ma prawa mną rządzić samodzielnie. To, że w takiej sytuacji kilkadziesiąt lat temu znalazła się niejaka Julia... Przecież to zupełnie inna osoba!

sobota, 19 stycznia 2013

1: Swoje życie poznaje się małymi krokami.


     Kiedy nocna mżawka zdążyła zamienić się w poranek, a ten w bezchmurne, słoneczne południe niemal każdy wychodził z domu, chcąc zasmakować czystych promieni słońca jakie były dziś dane mieszkańcom Texasu. Dallas zawsze słynęło z wysokich temperatur i przejrzystej aury.
     Była niedziela, alejki przedmieść zalała fala spacerujących wspólnie rodzin, a restauracje w centrum pękały w szwach. Zmachani kelnerzy przyjmowali kolejne zamówienia, starając się zapewnić najlepsze warunki swoim klientom, proponując coraz to insze urozmaicenia, a załoga w kuchni dbała o ich kubki smakowe, serwując dania z najwyższych i tych całkiem przyziemnych półek. Nawet Ci zwyczajni pracoholicy, Ci którzy to nigdy nie rozstają się ze swoją aktówką, znaleźli kilka godzin dla bliskich. Dziś był wyjątkowy dzień – Wigilia.
     Większość od rana krzątała się po mieszkaniu, przygotowując je dla gości i magii, która miała się ujawnić w ich zwykłych, najprostszych uczynkach, jak czyniła to co roku. Zawsze mówiono, że to niezwykły czas, rodzinny, upragniony. Łagodzenie sporów i kłótni przy ogromnym, zastawionym smakołykami stole i siankiem pod obrusem, któremu nieodzownie towarzyszyła ustrojona bombkami i lampkami choinka.
     W bloku tuż obok tej słynnej, azjatyckiej knajpy, na pierwszym piętrze przy otwartym na oścież oknie leżąca na łóżku postać oddychała równomiernie i głęboko, zupełnie odcinając się od zewnątrz. Przedświąteczny zgiełk nie potrafił bezpośrednio oddziaływać na dziewczynę. Spała. Mimo że właśnie za ścianą rozszczekał się pies, który zbudził niemowlę śpiące na niższym piętrze.
     Brązowe ściany pokoju, rozświetlane przez słoneczne światło dnia nabierały sytości koloru, a biały sufit nadawał wnętrzu jasności. Duże łóżko, ugięte delikatnie pod ciężarem właścicielki było dobrane jak z katalogu, w pakiecie z biurkiem, szafą, komodą i kilkoma półkami. W pokoju panował porządek, jedynie sterta papierów, długopisów i innych dziwnych przedmiotów pozostawionych na biurku psuła cały wystrój.
    Blondynka przebudziła się, kiedy jej telefon nagle się rozdzwonił. Z zamkniętymi wciąż oczami sięgnęła pod poduszkę i wyjęła spod niej komórkę. Spojrzawszy na ekran oraz nazwę kontaktu, który się dobijał zaakceptowała połączenie.
- Mamo, śpię - powiedziała nieco zachrypniętym głosem, jak to miała w zwyczaju, kiedy ktoś zmuszał ją rano do mówienia.
Podniosła się do pozycji siedzącej i przeczesała dłonią poplątane przez sen włosy. Przetarła oczy i wsłuchała się w słowa matki. Ziewnęła parę razy zanim rodzicielka dała jej dojść do słowa.
- Mamo, naprawdę nie jestem zła, że pojechałaś. Pooglądam coś w telewizji i zamówię pizze, albo w końcu ogarnę ten referat z biologii. Przestań się obwiniać! Ojciec ma przyjechać koło piątej, prawda?
Jej wzrok nagle przykuła mała szkatułka, którą kilka miesięcy temu przytargała do mieszkania. Znalazła ją w starym opuszczonym domu i tak bardzo ją zaciekawiła, że nie mogła się oprzeć, żeby jej nie zbadać. Były tam listy. Kilkadziesiąt. Tamtego dnia zdążyła przeczytać tylko jeden, bo wyrzuty sumienia w związku z czytaniem cudzej korespondencji nie pozwalały na więcej.
Pożegnała się szybko z mamą i podeszła do znaleziska. Podniosła je z podłogi i wróciła na łóżko otwierając ostrożnie wieczko.
Nic się nie zmieniło... Pożółkłe, stare listy nadal były ciasno ułożone w idealnym rządku. Wyjęła pierwszy z lewej strony, dokładnie ten, który przeczytała jako pierwszy.




                                                                                        Londyn, 12 września 1920r.

Kochany mój,
Świat jest taki mały, a nas jest tak wielu. Ciągle mijam na ulicach osoby, które widuje po raz pierwszy w życiu. Jak to więc możliwe, że nie kojarzę zupełnie nikogo z nich? Boję się, że i mnie nikt nie zna, że i ja jestem bezinteresownie mijana, że nikt o mnie nie pamięta, że nikt nie zwraca swojej uwagi. Nie chcę tak żyć, nie chcę być niewidzialna.
Widziałam dziś tego wdowca, o którym opowiadałeś. Tego, który co dzień odwiedza grób zmarłej małżonki, przynosząc jej świeży bukiet kwiatów. Rozmawiałam z nim. Spytałam, co pocznie kiedy spadnie śnieg, a wszystkie polne kwiaty, które jeszcze rosną przykryje biała, puchowa tafla. Nie odrywał ode mnie spojrzenia, rzekł jedynie, że to nie ma znaczenia. Powiedział coś naprawdę pięknego, ale wyznam to, kiedy mnie odwiedzisz.
Brakuje mi Twojego dotyku, Twoich czułych i delikatnych ust, Twoich szeptów wprost do mojego ucha. Brakuje mi Twojego ciepła, Twojej stanowczości, a przede wszystkim całego uczucia, jakie było nam dane. Pragnę zatopić się w Twych ramionach, poczuć, że nadal żyje, poczuć tę dobrze znaną nam rozkosz. Poczuć Ciebie.
Pamiętasz naszą ostatnią wspólnie spędzoną noc? Ja wciąż o niej myślę, wciąż czuję Twój ciężki oddech na mojej rozgrzanej szyi i Twoje palce w swoich włosach. Wciąż nucę tę melodię, którą układałeś mnie do snu, wciąż tulę do piersi poduszkę, z której już całkiem znikł Twój zapach.


                                                                                     Na zawsze Twoja, Julia.



-
Alice? - krzyknęła podekscytowana, kiedy tylko jej przyjaciółka zdążyła odebrać telefon - Schodź szybko do mnie, muszę ci coś pokazać.


* * *


     Brzdęk kluczy zabieranych nerwowo ze stolika był jedynym dźwiękiem jaki można było tutaj dosłyszeć, nie licząc równego oddechu i ciężkich kroków. Mieszkanie jak zwykle było wysprzątane, choć do pedantycznego wyglądu całkiem sporo mu brakowało. Wszystkie ubrania były poskładane w prawie równe kupki, utkwione w nowoczesnej, rozsuwanej szafie razem z powieszonymi tuż obok marynarkami, koszulami i kurtkami. Łóżko zaścielone trochę krzywo jednak wcale to nie uwłaczało ogólnemu wystrojowi. Mieszkanie nie było duże, raptem jeden ogromny pokój, podzielony równo na dwie części - sypialnię i salon, niewielka kuchnia i średnich rozmiarów łazienka, trzecie piętro. Około południa wszystkie pomieszczenia przesycało światło dnia, nawet pomimo ciemnych ścian.
     Mężczyzna wyszedł na zewnątrz i niemal od razu wyjął z kieszeni spodni zgniecioną, szarawą paczkę papierosów. Zajrzał do środka, obrzucając spojrzeniem ostatnie dwa. Zrezygnował z palenia teraz, przecież później bardziej mu się to przyda...
     Włożył ręce do kieszeni, żeby ukryć nerwowy tik. Zawsze to robił, kiedy szalały w nim emocje. Ściskał dłoń w pięść i rozprostowywał, co owocowało podejrzliwymi spojrzeniami przechodniów. A przecież ostatnie czego chciał to wścibskie pary oczu, dokładnie analizujące całą jego postać.
     Skręcił. Marzył tylko o tym, żeby tę drogę mieć już jak najszybciej za sobą. Nie spał prawie całą noc, martwiąc się, że coś znowu pójdzie nie po jego myśli. Co kilka chwil brał głębsze oddechy, żeby za wszelką cenę uspokoić przyspieszony rytm serca i obserwował uważnie ulicę.
     O tej porze nikt się tutaj nie kręci... Spojrzał na zegarek i stwierdzając, że jest chwilę przed czasem postanowił jednak sięgnąć po uspokajającego papierosa, może będzie okazja, żeby wstąpić do sklepu i...
     Jak tylko odpalił podniósł wzrok odruchowo i zobaczył dwóch rosłych mężczyzn kroczących powoli w jego stronę. Choć jeszcze nie rozpoznał, a nawet nie dojrzał żadnej z twarzy wiedział kim oni są. Jeszcze raz sprawdził godzinę. Punktualnie.
- Gdzie Paul? - zapytał brunet wyrzucając niedopałek na chodnik i przydeptując go butem.
     Za nic nie mógł okazać teraz nerwów. To mogłoby źle wpłynąć na całą sprawę, możliwe, że przez swoją nieuwagę mógłby stracić naprawdę wiele, dlatego ciągle w jego myślach kłębiły się informacje, które musiał sprawnie wykorzystać podczas tej rozmowy.
     Wyższy z tej dwójki, blondyn zmierzył Claya zupełnie, o dziwo, neutralnym spojrzeniem i splątując dłonie na brzuchu odezwał się jako pierwszy niskim, zachrypniętym głosem.
- Zapewne w samolocie do Londynu, chyba że trwa jeszcze odprawa - uśmiechnął się złośliwie, a na jego czole i skroniach pokazały dość widoczne zmarszczki - Jakiś problem?
Clay czuł jak wzbiera w nim złość. Zacisnął w kieszeni spodni dłoń i cicho odetchnął. Nie spuszczał z tych osiłków wzroku, starał się za wszelką cenę nie wyglądać na zawiedzionego czy przestraszonego. Nie mógł do tego dopuścić, choć nerwy brały powoli górę.
- Nie taka była umowa.
- Z tego co wiem, o wyjeździe nie było nawet wzmianki - wyszczerzył żółtawe zęby w nieszczerym uśmiechu, stając nagle w większym rozkroku, nadal będąc rozluźnionym.
- Potrzebuję tej kasy - powiedział, a cisza nagle zrobiła się najgorszym, co mogłoby zajść podczas tej rozmowy.
- No przecież... - ironicznie szepnął wyższy - Mam nadzieję, malutki, że zdajesz sobie sprawę z czym wiąże się taka pożyczka? To nie babcine zaskórniaki. Godzina spóźnienia robi z ciebie...
- Wiem - przerwał mu brunet, niecierpliwiąc się już.
Gniew ciągle się w nim wzmagał. Z minuty na minutę coraz bardziej się pogłębiał, strach również. Nie był wcale pewien decyzji, jaką podjął Paul, a fakt, że nie spotkał się z nim osobiście tylko utwierdzał go w przekonaniu, że to spotkanie raczej nie skończy się dobrze. Wiedział jakie ryzyko podejmuje prosząc kogoś takiego o pożyczkę, ale usprawiedliwiał się przybiciem do muru i ogólną bezradnością. Teraz już było mu wszystko jedno. Po prostu musiał wyjść na prostą.



***


- To trochę jakby... straszne, nie? Tak czytać cudze wspomnienia seksu - zaśmiała się szatynka, próbując rozluźnić atmosferę. - Skąd to masz?
Siedziały w przestronnym salonie, na jednej z dwóch karmelowo-brązowych kanap z listem w ręce i szkatułką tuż pod nogami. Alice miała na sobie prześwitującą, granatową koszulę i krótką czarną spódniczkę, zeszła do przyjaciółki w kapciach, w końcu to tylko piętro niżej. Caitlyn natomiast tkwiła nadal w piżamie i niedbałym koczku na samej górze głowy, kilka jasnych kosmyków zdążyło się wyplątać i spłynąć na jej w połowie odkryte ramiona. Tworzyły ciekawy kontrast. Były bardzo różne. Caitie była wysoką, szczupłą blondynką z niebieskimi oczami natomiast Alice nie miała więcej niż metr sześćdziesiąt pięć i miała średniej długości brązowe włosy, które przeważnie nosiła rozpuszczone.
- Znalazłam we wrześniu w tym domu przy Vermont Way. Byłam tam w czasie jakiejś imprezy z Brianem...
- Co robiłaś w środku nocy w zniszczonej, przerażającej chacie, którą wszyscy omijają w każdy dzień prócz Halloween sama z Brianem? - weszła jej w słowo przyjaciółka, wymuszając odpowiedź z szerokim uśmiechem i uniesioną brwią.
- Zwiedzaliśmy - odwzajemniła uśmiech i wróciła do pierwotnego tematu - Ale słuchaj dalej...
- Średnio romantyczne miejsce, nigdy nie wydawał mi się szczególnie bystry...
- Alice! - upomniała ją - Dasz mi coś powiedzieć?! - podniosła głos, a kiedy zobaczyła jak dziewczyna uniosła obie ręce w geście przegranej postanowiła kontynuować - Słuchaj mnie, bo to ciekawe. Wchodzimy do środka wszędzie czarno, brudno i śmierdzi, a na stole leży to - podniosła z podłogi kuferek - minimalnie zakurzone, niedotknięte ogniem! Czy to cię nie dziwi?! - szatynka zmarszczyła czoło.
- Może to czyjeś tam?
- I co by robiło w tym domu?!
- Caitlyn - zaśmiała się - Rusz głową. To pewnie jakaś pamiątka rodzinna i zbuntowany dwunastolatek w czarnej bluzie postanawia dać rodzicom popalić, chowając pozostałości po jakiejś ciotecznej bratanicy siostry stryja szwagra babci Helen ze strony ojca. To nic takiego, choć przyznaję trochę przerażające. Co jest w innych?
Blondynka odetchnęła ciężko zrezygnowana i postanowiła nie komentować odpowiedzi koleżanki. Liczyła na podobny entuzjazm z jakim ona otwierała po raz pierwszy ten list. Miała nadzieje, że ta pomoże jej domniemać jakąkolwiek historię związaną z tą korespondencją. Bądź co bądź ponad dziewięćdziesięcioletnie pamiątki same w sobie robią duże wrażenie.
- Nie otwierałam reszty - odpowiedziała blondynka - I trochę źle się czuję z tym, że czytam czyjąś prywatną rozmowę - podkreśliła dobitnie przedostatnie słowo - Nawet jeśli jest starsza od mojej babci.
- Przestań! Chcesz ominąć najlepsze? Może tam powstał jakiś scenariusz przedwojennego pornola? - znów uśmiech wpełzł na twarz szatynki i obie nie mogły powstrzymać się od cichego śmiechu.
- Jest Wigilia, trochę kiepski moment na takie zabawy, zaraz muszę się zbierać - spojrzała na zegar naścienny tuż nad ogromnym telewizorem - Wieczorem u ciebie?
- Nie mogę. - skrzywiła się Caitlyn - Ojciec przypomniał sobie, że oprócz swoich bękartów ma jeszcze córkę. Kwestia dwóch-trzech dni, jak tylko mama wróci z konferencji wracam do miasta.
- Więc nie marnuj czasu, zabieraj to ze sobą - położyła szkatułkę na kolanach przyjaciółki - I męcz się, co autor miał na myśli.

czwartek, 17 stycznia 2013

Prolog: Los jest przeznaczeniem.

- Ten dom zawsze mnie przerażał - przyznała blondynka, kiedy tylko chłopak zamknął za sobą stare, skrzeczące przy każdym ruchu drzwi.
     Wnętrze było okropne. Boazeria na ścianach śmierdziała spalenizną, a jej całkiem spore kawałki odchodziły od chropowatej powierzchni. Parter gdzie teraz przebywali był jednym, ogromnym pomieszczeniem, zastawionym starymi, zniszczonymi przez ogień i deszcze meblami. Kilka z nich można było spokojnie, samodzielnie zidentyfikować jak na przykład kanapę na środku, która niegdyś musiała być obita jedwabistym, różowym materiałem i dopracowana z każdym najmniejszym szczegółem widocznym na idealnie wykończonych podłokietnikach. Ten dom był legendą.
     Odwiedzany co roku w Halloween przez dzieci, które chciały zaznać choć odrobinę strachu w ten komercyjny już teraz dzień i szukały przygód właśnie tutaj. Wymyślały przeróżne historię, które podobno spotykały ich w tym budynku. Duchy, potwory, czyjaś odczuwalna obecność. To stało się tradycją. Z roku na rok coraz bardziej pielęgnowaną, pociągającą, innowacyjną. Stary dywan, a raczej to co z niego zostało zawsze skrywał tak wiele tajemnic.
     Spojrzała na idącego w jej stronę bruneta i uśmiechnęła się uwodzicielsko. Cofnęła się o krok i czekała aż do niej dołączy, popychając ją na spróchniałą, brudną ścianę i trzymając ją mocno, żeby nie zsunęła się na zimną podłogę. Domyślała się po co zabrał ją z imprezy urządzonej przez ich wspólnego znajomego i poprowadził właśnie w to miejsce, kilka przecznic dalej, do najspokojniejszej części miasteczka. Ta okolica zazwyczaj była pusta, zwłaszcza w piątkowe wieczory, kiedy większość młodzieży z tej części Dallas wybawiała się po całym tygodniu ciężkiej nauki w nowo otwartym liceum. Nowy rok właśnie się zaczynał, więc cały ten szkolny natłok wydawał się być jeszcze cięższym brzemieniem niż zwykle.
     Objął dziewczynę w talii i przyciągnął do siebie, składając na jej ustach pierwszy z tysiąca pocałunków jakie mieli doświadczyć właśnie tej nocy. Był spokojny, ufny i uspokajający. Zawsze tak na nią działał.
Położyła dłoń na jego karku i wtulając się bardziej w jego ciało przyspieszyła tempo. Zacisnęła mocniej powieki i pozwoliła mu wsunąć jedną z dłoni pod obcisłą bluzkę. Uśmiechnęła się do niego w przerwie, w której oboje wzięli głębszy oddech i cofała się w stronę ściany tuż przy wejściowych drzwiach.
- Co to jest? - spytała, kiedy miał już zabierać się za zrzucanie z niej czarnej marynarki.
     Blondynka przeczesała dłonią włosy i podeszła do starego stołu, splątując ręce na brzuchu. Przy każdym jej kroku podłoga niemiłosiernie skrzypiała, więc starała się zwalniać robiąc jak najmniej hałasu, uderzając obcasem w stare panele. Obeszła mebel dookoła i przyjrzała mu się uważnie, marszcząc przy tym czoło i ściągając brwi.
- ... Teraz? - westchnął zrezygnowany, ale wcale nie zamierzał do niej dołączać.
Obserwował ją z tego samego miejsca, w którym go opuściła i czekał cierpliwie, aż do niego wróci. W końcu zawsze wracała.
- Nie dziwi cię to? - spytała podnosząc na niego wzrok dokładnie na pół sekundy, dając mu do zrozumienia, że chce żeby podszedł.
- Dziwi mnie, że masz ochotę na to pudło zamiast na mnie, chodź! - podniósł głos, ale zupełnie to zlekceważyła.
     Pochyliła się nad przedmiotem z początku jakby bojąc się nawet go dotknąć. Przyglądała mu się z każdej możliwej strony i zastanawiała się czym mogło to być.
     Trochę przerażało ją zabranie stąd czegokolwiek w jakimkolwiek celu. Ten dom spłonął w latach trzydziestych dwudziestego wieku i w takim stanie pozostawał do dziś. Miasto nawet się nie zainteresowało jego wyburzeniem, a ludzie wokół tworzyli własną prawdę.
- Powinnam to otworzyć? - spytała cicho, a jej wzrok przywarł do otworu szkatułki.
- Powinnaś się rozebrać - odpowiedział jej równie poważnie, podchodząc w końcu do dziewczyny.
- Co roku przychodzi tu zgraja ciekawskich dzieciaków i nigdy ich to nie zainteresowało? - zastanawiała się na głos - Spójrz na to - nakazała - Ani śladu ognia.
- ... to wylęgarnia hipisów. Pewnie trzymają tam jakieś swoje zasyfione lufki, albo brudne gumki, a ty się podniecasz jak jakąś czarną perłą, Jack. Zostaw to w spokoju.
     Zlekceważyła porównanie.
- Otwórz to - poprosiła, patrząc na niego z dołu z niemą obietnicą wdzięczności.
     Przewrócił oczami i złapał pudełko. Przesunął je po dziurawym stole w swoją stronę i chwytając jedną dłonią wieczko, drugą przytrzymując resztę, uchylił je.
Po skórze dziewczyny z jakiś dziwnych, nieznanych przyczyn przeszedł dreszcz. Czuła gęsią skórkę na ramionach i plecach, a włosy na karku stanęły jej dęba.
      Takiego widoku za nic się nie spodziewała.
Czuła jak owiewa ją jakaś mistyczna tajemnica. Podobało jej się to, chciała za wszelką cenę zagłębić się w tym i poznać wszystko, co tylko mogła.
- Listy - stwierdził chłopak, trochę bardziej zainteresowany nagle całą tą nietypową sytuacją.
Wyjął ostrożnie pierwszy od lewej ścianki i przyjrzeli się dokładnie pożółkłej, starej i sztywnej kopercie.
- Nie ma żadnego adresu - szepnęła.
- Był, mądralo - podsunął jej pod nos papier - Ale wszystko się wytarło. Popatrz, tu masz trochę kodu pocztowego - pokazał jej palcem dwie cyfry - I resztkę znaczka.
- Zabieram to - oznajmiła biorąc od niego list i chowając w miejsce, z którego go zabrał. - Może są miłosne?
- Może to rachunki z początku wieku, pozwy sądowe albo wezwanie do zapłaty. Naprawdę nie wiem po co ci to.
- Muszę je zabrać.